Aleksander Małucha ( ur. 28 maja 1935 r. w Nowym Sączu, zm. 2 grudnia 2014 r. w Nowym Sączu – wybitny fachowiec, działacz społeczny, strażnik przyrody, ławnik i kurator sądowy, instruktor sportowy – żona Barbara Małucha, syn Wiesław Małucha).
Życiorys Aleksandra Małuchy pozostaje świadectwem odpowiedzialności, pracowitości i cichej, wytrwałej odwagi codziennego działania. Składa się jak mozaika z tysięcy gestów, decyzji i nawyków, które wrosły w tkankę regionu nowosądeckiego i uczyniły ją trwalszą, bardziej sprawiedliwą i po prostu lepszą dla ludzi.
Jego obecność była dyskretna, lecz sprawcza, jego słowa – wyważone, lecz skuteczne, jego standardy – proste i zarazem wysokie. Opierały się na szacunku dla innych, na precyzji w planowaniu, na przejrzystości w rozliczaniu wspólnych spraw, na przekonaniu, że człowiek zostawia po sobie porządek: w dokumentach, na warsztacie, nad brzegiem jeziora, w relacjach i w pamięci, która nie przemija wraz z odejściem osoby. Pozostaje ona w kulturze instytucji, które współtworzył, w charakterze miejsc, które współbudował, a nade wszystko w ludziach, których uformował swoim przykładem i obecnością.
Był ucieleśnieniem harmonii pomiędzy życiem prywatnym, a publicznym. W domu był troskliwy i uważny, w pracy – skrupulatny i wymagający. W sprawach wspólnoty cierpliwy, a zarazem zdecydowany. Nie predestynował się na bohatera, nigdy nie nadużywał wielkich słów, lecz nie cofał dłoni, gdy trzeba było dźwignąć ciężar.
Takich ludzi nazywa się filarami nie dlatego, że widać ich z daleka, lecz dlatego, że to na nich cicho spoczywa konstrukcja całości. Kiedy ich zabraknie, czuje się brak w dźwięku codzienności, który już nie rozbrzmiewa tak równo. Jego styl działania cechował się kulturą organizacji i kulturą słowa.
Za swoją działalność został odznaczony przez Radę Państwa Srebrnym i Złotym Krzyżem Zasługi.
Jako działacz społeczny w mieście Nowy Sącz i regionie nowosądeckim nie zadawał pytania „czy to się opłaca”, lecz „czy to jest potrzebne”. Jeśli odpowiedź brzmiała „tak”, konstruował taką drogę, by każdy rozumiał swoją rolę, zakres odpowiedzialności i mierniki sukcesu.
Umiał łączyć środowiska o odmiennych przyzwyczajeniach i interesach, bo rozumiał, że wspólnota nie rodzi się z jednomyślności, tylko z dobrze zaprojektowanej współpracy, w której różnice są zasobem, a nie przeszkodą. Tworzył przestrzenie dialogu – komisje, rady, zespoły robocze – którym nadawał jasne ramy, transparentny obieg informacji, protokołowanie ustaleń, publiczne kalendarze zadań i otwarte drzwi dla tych, którzy chcieli dołączyć. W praktyce przekładało się to na przedsięwzięcia, które „dochodziły do skutku” – od projektów infrastrukturalnych, przez inicjatywy edukacyjne i kulturalne, po działania porządkowe, sanitarne i środowiskowe.
Jego determinacja nie miała w sobie twardości konfliktu – była elastycznością człowieka, który stawia cel wyżej niż własną wygodę. Rozmawiał ze wszystkimi, uprzedzał ryzyka, a gdy trzeba było, brał odpowiedzialność za decyzje, które nie przynoszą braw, lecz mają długofalowe efekty. Tak rodziła się wiarygodność instytucji, przy których pracował i które wspierał, a wraz z nią konkretna, trwała zmiana widoczna na mapie codziennych spraw.
Jako członek wspólnoty był w relacjach prywatnych równie niezawodny jak w publicznych. Był tym, kto odbiera telefon późno, gdy innym opadają ręce, i odpisuje wcześnie, zanim inni zdążą się zmartwić. W przyjaźni cenny dyskrecją, w partnerstwie wierny umowie, w sąsiedztwie pomocny bez afiszu – dlatego w godzinie próby ludzie gromadzili się wokół niego jak wokół punktu stałego na mapie, bo wiedzieli, że nie zawiedzie.
Przez wiele lat pełnił funkcję ławnika i kuratora sądowego przy Sądzie Rejonowym w Nowym Sączu – Wydział Karny. Wierny swojej dzielnicy, w której dorastał i mieszkał dłuższy okres swojego życia, jako również trener piłkarski prowadził przez kilka sezonów klub „LZS Helena”, wprowadzając go sukcesywnie do wyższych rozgrywek.
W życiu miał jedną twarz – prostą i pogodną. Był jak dobry administrator dobra wspólnego w skali mikro. W rodzinie, na ulicy, w miejscu pracy, w stowarzyszeniu – w każdym z tych kręgów zostawił po sobie coś sprawniejszego niż zastał, bo nie umiał przejść obojętnie obok sprawy, którą można było naprawić gestem, telefonem, protokołem albo zwyczajnym „zróbmy to teraz”.
Za swoją działalność społeczną został odznaczony Złotą Odznaką za Zasługi dla Województwa Nowosądeckiego oraz Srebrną i Złotą Tarczą Herbową Miasta Nowego Sącza.
Był przodownikiem pracy w starym, dobrym znaczeniu tego słowa. Wierny przez całe Zycie zawodowe największemu zakładowi pracy w regionie – Zakładom Naprawczym Taboru Kolejowego w Nowym Sączu, z ponad 5-cio tysieczną załogą, gdzie poza odpowiedzialnymi stanowiskami zawodowymi pełnił szereg funkcji w strukturach związkowych i samorządowych zakładu. Nie celebrował rekordów, nie licytował godzin, tylko nadawał ton jakości, która nie wymagała komentarza. Jego dzień zaczynał się od planu, a kończył rozliczeniem – co zrobione, co wymaga poprawy, co można uprościć, komu podziękować, kogo wesprzeć. Cenił warsztat jako przedłużenie charakteru. Narzędzia miały być czyste, dokumenty uporządkowane, terminy realne i dotrzymywane, a bezpieczeństwo ludzi – priorytetem bez dyskusji.
Za tą surową precyzją szła życzliwość – nigdy nie upokarzał błędem, raczej uczył, jak budować na błędzie procedurę, która nie dopuści do powtórki. Powtarzał, że mistrzostwo to nawyk, a nie talent, a więc rzecz do wypracowania każdym dniem – w małych decyzjach, w punktualnym rozpoczęciu, w domkniętym obiegu informacji, w czystym stanowisku pracy. Dzięki temu młodsi współpracownicy widzieli w nim nie tyle przełożonego, ile wzorzec. Tak buduje się kulturę organizacyjną, w której ludzie biorą odpowiedzialność bez nakazu i wspierają się bez proszenia, bo wiedzą, że standard nie jest kwestią gustu, tylko wspólnego dobra.
Jako wybitny fachowiec w swojej dziedzinie łączył dociekliwość badacza z praktyczną ręką rzemieślnika. Czytał, konsultował, porównywał rozwiązania, a potem wdrażał te, które przechodziły próbę czasu i eksploatacji. Nie ulegał modom, ale nie był też konserwatywny z przyzwyczajenia – jeśli pojawiało się narzędzie, procedura albo metodologia, które podnosiły efektywność, bezpieczeństwo lub przejrzystość, adaptował je i uczył innych, upraszczając zawiłości do języka działania.
Był instancją odwoławczą dla wątpliwości – kiedy sprawy „nie szły”, proszono go o diagnozę. Rozplątywał węzły, oddzielał przyczyny od objawów, porządkował sekwencje, wskazywał progi decyzyjne i mierniki, dzięki którym zespół odzyskiwał sprawność. Opowiadał o fachu z godnością – dla niego kompetencja nie była dekoracją, ale zobowiązaniem wobec odbiorców pracy, klienta i użytkownika. Dlatego szczegóły nie były drobiazgami, lecz integralną częścią odpowiedzialności – nie po to, by komplikować, lecz by chronić dobro ludzi i mienia, środowiska i reputacji wspólnoty.
Za to został odznaczony Odznaką „Zasłużony Pracownik ZNTK Nowy Sącz” oraz Srebrną i Złotą Odznaką „Przodujący Kolejarz”.
W roli prezesa koła „Kolejarz” – największego koła wędkarskiego w regionie nowosądeckim – rozumiał wędkarstwo jako kulturę spotkań, opowieści, ciszy i powrotów. Widział, że nad wodą ludzie uczą się miary – miary własnych ambicji, miary natury, miary czasu – i że ten świat wymaga opieki równie mądrej, co konsekwentnej. Dlatego porządkował brzegi, kalendarze i zasady. Był sędzią wędkarskim. Organizował zarówno zawody wędkarskie, jak i akcje sprzątania oraz zarybiania. Prowadził ewidencje, przypominał o sezonowości i wymiarach ochronnych, ale przede wszystkim uczył rozumienia przepisów nie jako katalogu zakazów, lecz jako języka troski o wspólne dobro.
Potrafił połączyć rygor regulaminu z łagodnością wychowawcy. Najpierw tłumaczył, potem egzekwował, a gdy trzeba było upominać – robił to bez ostentacji, zostawiając ludziom godność i przestrzeń do poprawy. Dzięki niemu koło było miejscem nie rywalizacji o trofea, lecz wspólnoty praktyki, w której starsi uczą młodszych szacunku do łowiska, a młodsi uczą starszych nowych narzędzi i sposobów komunikacji – tak, by tradycja była żywa, a nie muzealna.
Strażnik przyrody – tak nazywano go nie z tytułu, lecz z nawyku czuwania. Dla niego przyroda była depozytem powierzonym w użytkowanie. Nie własnością, lecz odpowiedzialnością, która nakazuje zostawić rzekę czystszą, brzeg bezpieczniejszy, ścieżkę drożną, a pamięć o zasadach – bardziej powszechną. Wspierał nasadzenia i edukację terenową, organizował dyżury sprzątania i monitoring miejsc wrażliwych. Reagował na nieprawidłowości, zanim stały się problemem – i zawsze z tym samym spokojem: najpierw zobaczyć, potem powiedzieć, na końcu zrobić – i zrobić do końca.
Dzięki takim ludziom miasta i wsie nie tylko „mają zieleń i czyste wody”, lecz mają relację z naturą, w której jest wdzięczność i dług, a nie roszczenie. To przekonanie zaszczepiał w dzieciach i dorosłych, wynosząc estetykę porządku do rangi etosu. Uważał, że piękne jest to, co jest zadbane, a zadbane jest to, co ma gospodarza. Jego czujność nie była gorliwością dla efektu, tylko spokojną konsekwencją, którą mierzy się po latach – stanem wody, obecnością ryb i ptactwa, liczbą śmieci, których nie ma, i liczbą ludzi, którzy wiedzą, jak postąpić, kiedy trzeba wybrać dobro wspólne ponad wygodę.
Został odznaczony przez Polski Związek Wędkarski: Srebrną, Złotą i Złotą Odznaką z Wieńcami za Zasługi dla Wędkarstwa Polskiego, Medalem za Zasługi w Rozwoju Wędkarstwa, oraz przez Okręg Wędkarski w Nowym Sączu – Odznaką za Zasługi dla Okręgu.
Słowa, które zostają po człowieku, bywają albo zbyt wielkie, albo zbyt małe – w jego przypadku są adekwatne, bo biorą się z codzienności. Był jak kamień węgielny, na którym wspiera się dom, choć rzadko widać go w fasadzie. Był jak strażnik brzegu, który zna język nurtu i wie, gdzie podsypać, by nie podmyło. Był jak latarnia, która nie krzyczy, tylko świeci i wskazuje kierunek tym, którzy płyną po omacku. Był jak dobry gospodarz, który zamyka dzień porządkiem, aby jutro mogło zacząć się czysto. I był jak nauczyciel, który nie zabiera uczniom pytań, lecz daje im odwagę, by szukać odpowiedzi zgodnych z faktami i sumieniem. To dlatego jego imię żyje nie tylko we wspomnieniach, ale w procedurach, nawykach i strukturach, które ucywilizował swoją obecnością.
Niech pamięć o Aleksandrze Małusze będzie dla nas zobowiązaniem praktycznym – by pielęgnować standardy, których nas nauczył: w pracy, w organizacjach, nad wodą i w domu. By strzec przyrody z tą samą spokojną determinacją. Niech będzie też wezwaniem, by mówić prosto, działać przejrzyście, rozliczać się uczciwie i łączyć ludzi ponad podziałami dla rzeczy realnie potrzebnych. I niech będzie światłem, które pomaga odróżniać to, co pilne, od tego, co ważne, i wybierać to, co ważne – bo taki był sens jego codzienności. Nie spektakl, lecz solidność. Nie aplauz, lecz sprawczość. Nie własna chwała, lecz dobro wspólne.
Jeśli mamy szukać formy uhonorowania jego życia, niech nią będą decyzje w skali miasta Nowego Sącza i regionu nowosądeckiego, które będziemy podejmować w jego duchu – spokojne, oparte na faktach, służące ludziom i naturze. Wtedy imię Aleksandra Małuchy, wpisane w karty historii i w serca najbliższych, pozostanie żywym drogowskazem, a nie tylko pięknym wspomnieniem.